|
„Można mieć wszystko żeby odejść czas młodość wiarę własne siły świętej pamięci dom rodzinny skrzynkę dla szpaków i sikorek miłość wiadomość nieomylną że nawet Pan Bóg niepotrzebny
potem już tylko sama ufność trzeba nic nie mieć żeby wrócić”
(ks J.Twardowski)
Wrzesień 2002
Mam już trochę lat. Ale na pewno wciąż zbyt mało, aby chorować. Wszystko zaczęło się w kwietniu. Przedtem życie toczyło się stosunkowo zwyczajnie, beztrosko, tak, jak się żyje na studiach. To dziwne, ale jedna chwila wystarczyła, aby zmienić właściwie wszystko. Zaczęło się prozaicznie – bolała mnie głowa. A że bolała już od jakiegoś czasu i co jakiś czas wcale nie było to takie straszne. Na początku. To brzmiało jak wyrok. Dwa tygodnie oczekiwania na ostateczną diagnozę. Niezłośliwy. Leczenie zaczęło się w czerwcu. Z racji umiejscowienia mojego nowego gościa jedyną dostępną formą była chemioterapia. Wcześniej to wszystko było mi zupełnie obce. Owszem - filmy, gazety. Ale żeby w realnym życiu i to tak blisko? Nigdy przedtem nie przyszłoby mi do głowy, że życie codzienne i zwykłe codzienne czynności mogą być tak trudne. Dla kogoś takiego jak ja, kto przez większość swojego życia uważał, że ono zależy jedynie od niego, to był niesamowity cios. Gardło piekło tak mocno, że nie można było jeść, pić, spać. Trzeba było walczyć o każdy krok, a przejście dwustu metrów uważało się za swój największy życiowy sukces. Ręce tak osłabły, że kubek z herbatą stał się zbyt ciężki. Codzienne pokonywanie szesnastu schodów prowadzących do mego pokoju było jak zdobywanie najwyższej góry. I ten czas, a dokładniej jego nadmiar. Życie prowadzone przez mnie do tej pory na pełnych obrotach nagle się zatrzymało. Dzień, noc i wizyty w szpitalu zaczęły tworzyć jego rytm. Nadszedł moment refleksji. Kiedyś, jeszcze w szkole średniej, zastanawianie się nad sensem życia nie było mi obce. Pan Bóg nie był mi obcy. Ale trzeba odejść, aby móc wrócić... Dotarło do mnie, że nie wszystko do końca zależy od nas. Że jest Ktoś, komu trzeba po prostu zaufać. Że w życiu najistotniejsze jest Życie i że tego, co naprawdę ważne nie można odkładać na później, bo tego „później” może po prostu nie być...
Czasem trzeba nieźle oberwać, aby zacząć patrzeć na życie z właściwej perspektywy. Mam szczęście: został mi dany czas na wykorzystanie nowego punktu widzenia. Jedno jest pewne - już nic nie będzie takie, jak przedtem.
P.S. Leczenie potrwa jeszcze około pół roku. Codziennie na nowo zdobywam swoje Mount Everest prawie nie ruszając się z domu. I jeszcze jedno – znowu się uśmiecham.
Luty 2010
To było prawie 8 lat temu. Jak się potem okazało, był to dopiero pierwszy etap. Życie przygotowało dla mnie kolejne „niespodzianki” – bardziej zaskakujące niż scenariusz najlepszego oscarowego filmu…
A dzisiaj? Dzisiaj rzeczywiście nic nie jest już takie, jak przedtem. Dzisiaj mogę powiedzieć, że się udało. Dzisiaj - przeprowadzając bilans zysków i strat – jestem na plusie. Dzisiaj codziennie dziękuję za życie.
|