| MISJONARSKIE ŻYCIE |
|
| Autor(ka): Opr.: Brunon Przewoźniak |
| środa, 15 października 2008 19:44 |
|
Nawiązując do tegorocznych Dni Misyjnych przedstawiamy sylwetkę ks. Aleksandra Michalskiego, Salezjanina, jednego z wielu Polaków misjonarzy, którzy swoje życie poświęcili pracy wychowawczej i nauczaniu młodzieży w dalekich krajach Ameryki Południowej, w tym w Peru. O. Aleksander urodził się 7 lutego 1912 roku w Poznaniu. Jego ojciec Maksymilian był urzędnikiem pocztowym a mama Katarzyna z domu Jankowska prowadziła gospodarstwo domowe. Był czwartym dzieckiem w rodzinie, niestety dwie jego siostry zmarły w bardzo młodym wieku, pozostał jedynie starszy brat Leonard. Pierwszą klasę szkoły podstawowej rozpoczął w wieku 6 lat w1918 roku w Poznaniu, jeszcze w szkole niemieckiej. Od 1921 roku 9 letni Aleksander uczęszczał do Państwowego Gimnazjum im. Marcinkowskiego w Poznaniu. Edukację szkolną ukończył w 1928 roku jako szesnastoletni młodzieniec, był wychowywany w bardzo religijnej rodzinie a szkoła dopełniała tego wychowania i dostarczała wiedzy, którą przyswajał z dużym zaangażowaniem. Miało to zaowocować w późniejszym okresie jego życia. W tym czasie spotkał Salezjanów i dokonał odkrycia, że Pan chciałby mieć go jako współpracownika i świadka wśród młodzieży. Salezjanie poprzez serię prób znajdując jego dojrzałość dopuścili go do nowicjatu w Czerwińsku nad Wisłą. Tam z dala od gwaru, z pomocą łaski Bożej i opiekunów duchownych przygotowywał się do Konsekracji Salezjańskiej” i ugruntowywał swoją decyzję poświęcenia się pracy w służbie Bożej. W Czerwińsku Aleksander przygotowywał się do pierwszych ślubów zakonnych, które złożył 4 października 1929 roku. Zaraz po ślubowaniu Aleksander wyjechał do Krakowa na dalsze studia z dziedziny filozofii, pedagogiki i duchowości salezjańskiej. Przebywał tam do końca września 1930 roku. Aleksander nie ma dobrego zdrowia, dość często pojawia się gorączka, płuca nie są w porządku. Z czasem pojawi się gruźlica, już do końca życia problem ten będzie mu dokuczał. Zdaniem lekarzy zmiana klimatu dla niego będzie konieczna. W międzyczasie składa podanie o wysłanie na misje i dostaje pozytywną decyzję na wyjazd do Peru, którą przyjął z radością widząc w tym wolę Bożą. Razem z nim jeszcze trzech młodych kleryków otrzymało decyzję wyjazdu do Peru, wśród nich kleryk Szeliga, słynny dzisiaj Ojciec Edmund Szeliga Salezjanin (10 XI 1911 – 3 IX 2005), misjonarz wśród amazońskich Indian, z górą 70 lat mieszkający w Ameryce Południowej, znakomity botanik i wybitny lekarz samouk, pomagał tym, którym współczesna medycyna nie była już w stanie pomóc. Aleksander wraz z trzema młodymi kandydatami na misjonarzy opuścił Polskę 3.10.1930 roku pociągiem przez Wiedeń do Turynu. Tam odbyło się uroczyste pożegnanie wyjeżdżających do Peru, każdy z nich otrzymał krzyż misyjny jako symbol ich posłannictwa. Po krótkim pobycie w Turynie grupa pojechała do Genui, tam wsiadła na statek pasażerski „Colombo”, który opuścił port dnia 8 października 1930 roku kierując się do docelowego portu Callao w Peru. Na miejscu Aleksander trafił do Domu Formacji w Magdalena del Mar położonej niedaleko Limy. Tam kontynuował swoje studia filozoficzne, pedagogiczne i Salezjańskie i ukończył je z bardzo dobrym wynikiem. Uczył się też intensywnie języka hiszpańskiego, niezbędnego do prowadzenia jakiejkolwiek pracy w Peru. Znów odezwała się choroba płuc, która dawała już sygnały w Polsce. Lekarze stwierdzili gruźlicę i rekomendują dla niego klimat górski. Natychmiast z polecenia przełożonych i z potrzeby wsparcia placówki w Arequipa, rozpoczyna tam praktykę pedagogiczną, w międzyczasie odbywa stosowne do reguły zakonnej rekolekcje w Cusco. Klimat wysokogórski wyraźnie mu służy i poprawa zdrowia nastąpiła. Dnia 7 lutego 1933 roku, mając 21 lat, w dniu swoich urodzin otrzymał przed Bogiem, Kościołem i Kongregacją swój pierścień Profesji Wieczystej. W ten sposób poddał się w pełni Panu Bogu i Kongregacji. W latach 1933-34 przebywał w Domu w Huancayo. Salezjanie przyjęli go z miłosierdziem i tam rozpoczął doświadczenie jako nauczyciel i asystent salezjański. Gdziekolwiek przebywał i pracował, utrzymywał ciągły kontakt z rodzicami i dalszą rodziną pisząc wiele listów, w każdym z nich prosząc o modlitwę w jego intencji i jednocześnie polecając Bogu swoich adresatów. Listy są kopalnią wiedzy o jego życiu, pracy i nastrojach jakim podlegał, są piękną ilustracją emocji, jakie przeżywał, gdziekolwiek by nie był i cokolwiek robił. Pokazują też jego głęboką wiarę w Boga, miłość do rodziców i zaangażowanie w pracy, którą sobie na całe życie wyznaczył. W roku 1935 Aleksander otrzymał zezwolenie na studia teologiczne lecz niestety nie w seminarium a zaocznie. Musiał studiować wieczorami i prywatnie zdawać egzaminy pełniąc w ciągu dnia funkcję asystenta i nauczyciela wśród chłopców, najpierw w Puno a następnie w szkole rolniczej w Yucay niedaleko Cusco, gdzie dyrektorem był również Polak, ks. Florian Giebel. Zdając kolejne egzaminy przyjmuje święcenia niższe, subdiakonat i diakonat. Wreszcie w dniu 10 lipca 1938 roku otrzymuje w katedrze w Cusco święcenia kapłańskie z rąk biskupa Santiago Hermoza. Swoją pierwszą Mszę świętą odprawił ks. Aleksander Michalski w Yucay w Cusco w szkole rolniczej w otoczeniu swoich uczniów, ich rodzin i przyjaciół z regionu andyjskiego. W ten sposób spełniło się proroctwo księdza Filipa Rinaldiego: „Odprawisz pierwszą Mszę świętą wśród Indian”. Możemy rzec, jak dziwne i wielkie są drogi Pańskie! {mospagebreak} Po święceniach kapłańskich ks. Aleksander rzucił się w wir pracy salezjańskiej. Pracował w wielu placówkach, w swoim życiu otrzymał 22 listy posłuszeństwa czyli mówiąc współczesnym językiem polecenia pracy. W latach 1939 – 1944 pracował w placówkach salezjańskich położonych w Sucre i w La Paz w Boliwii, następnie w latach 1945 – 1957 ponownie w Peru kolejno w placówkach w Yucay, Cuzco, Huancayo i Limie jako asystent, nauczyciel i katecheta. W każdej placówce pozostawił ślady swojego wielkiego zaangażowania i silnej osobowości. W sposobie jego bycia dominowały silne kontrasty, które jednak harmonizowały ze sobą. Można było w nim zauważyć ruchliwość i refleksyjność, nerwowość i spokój, niepokój i ostrożność, prawość i miłosierdzie, nieugiętość i wyrozumiałość, prostolinijność i dyplomację w sposobie mówienia a zawsze duże poczucie humoru. Podczas drugiej wojny światowej korespondencja Ks. Aleksandra z rodziną z wiadomych względów przerwała się, została wznowiona dopiero w marcu 1946 roku. Wtedy dowiaduje się o tragicznej śmierci swego starszego brata Leonarda, który zginął z rąk Gestapo w wyniku jego działalności konspiracyjnej podczas wojny. Odczuł mocno śmierć brata ale pomimo żalu jak pisze w liście do rodziców: „czuję się nawet dumny bo umarł za Polskę kochaną… umarł jak na Polaka przystoi… jak bohater”. Ks. Aleksander nie przestaje myśleć o odwiedzinach rodziny w Polsce, pisze listy i podania do kompetentnych władz państwowych i przełożonych w Kongregacji nie tracąc nadziei na pomyślne rozwiązanie tej kwestii. Wreszcie po wieloletnich staraniach uzyskuje paszport z klauzulą na wyjazd do kraju i przyjeżdża w połowie maja 1957 roku do rodzinnego Poznania, po raz pierwszy po 27 latach od opuszczenia Polski. Spędza tu kilka tygodni ze swoją matką i rodziną. Jeszcze trzy razy odwiedza Polskę, ostatnio w lipcu 1988 roku podczas swego jubileuszu 50-lecia kapłaństwa. W międzyczasie stale pracuje z młodzieżą w placówkach salezjańskich w Cuzco, Callao i Piura jako nauczyciel i katecheta. Był bardzo kompetentny będąc praktycznie samoukiem. Nie studiował na żadnym uniwersytecie, kościelnym lub świeckim, poświęcił się jednak z całą powagą, głębią i kompetencją matematyce, fizyce, chemii i biologii. Władał też sześcioma językami nie licząc łaciny i narzeczy indiańskich. Bardzo dobrze przygotowywał lekcje, był wymagający od siebie tak samo jak w stosunku do uczniów. Ale jego cechy charakteru pozwalały mu stworzyć doskonałą atmosferę w kontaktach z uczniami, lubili go bardzo i szanowali. Jak sam stwierdza to około 90% swojej aktywności w życiu poświęcił pracy dydaktycznej i wychowawczej wśród młodzieży. Jego talent i zaangażowanie w tej dziedzinie zostały zauważone publicznie. W czerwcu 1983 roku ks. Aleksandrowi stuknęła 50-tka pracy nauczycielskiej i z tej okazji, doceniając wielkie jego zasługi na polu nauczania i wychowania młodych ludzi, rząd peruwiański odznaczył go orderem „Palm Nauczycielskich”. Jest to odznaczenie porównywalne do naszego Medalu Edukacji Narodowej. Marzył jednak wciąż o tym, by doświadczyć życia prawdziwie misjonarskiego w autentycznej dżungli wśród tubylczych Indian i udał się do Wenezueli na misje położone w górnym biegu rzeki Orinoko. Nam nie sposób wyobrazić sobie, jak trudne warunki tam miały go spotkać, ale on był zdeterminowany podjąć tę trudną pracę i spędził tam trzy lata. Jednak choroba płuc była jego rzeczywistym cierpieniem i nie opuszczała go od lat młodzieńczych aż do ostatnich dni jego życia. Walczył z nią i nie poddawał się chociaż miał czasami chwile zwątpienia. Przezwyciężał chorobę swoim silnym charakterem, modlitwą i wiarą, że Pan Bóg nie opuści go, bo jest ciągle potrzebny w pracy dla innych. Ks. Aleksander ostanie lata życia spędził w Domu Inspekcyjnym Kongregacji w Limie kierując pracami w archiwum Zgromadzenia. Ks. Aleksander zdaje sobie sprawę, ze powoli dobiega do kresu swojej bogatej wędrówki ziemskiej, bo zdrowie szwankuje coraz bardziej. Ale jak każdy z nas chciałby pozostać tu jak najdłużej, szczególnie jak mówi: „żebym mógł być jeszcze użyteczny dla Boga i dla ludzi”. Nie skorzystał już z zaproszenia na obchody 90 rocznicy przybycia Salezjanów do Cusco. Coś przeczuwając chciał pozostać w ciepłym klimacie Piury, wśród ludzkiej miłości, która przyjęła go na długie 30 lat w tej miejscowości. Chciał umrzeć na ziemi, która przyjęła go z ludzkim ciepłem. 27 października 1995 roku w Piurze, w Kolegium Podstawowym przyjął wiele wizyt i odbył wiele rozmów telefonicznych. Skorzystał również z obecności przyjaciela kapłana, aby pojednać się ostatni raz z Bogiem i pozostawić wszystko w doskonałym porządku. Dwa dni później, 29 października w ciszy, nie niepokojąc nikogo, bez bojaźni ani bólów głowy, oddał spokojnie ducha Panu. Wiadomość o jego śmierci rozeszła się jak burza piaskowa po całym mieście i Salezjańskim Peru. Wiele osób, szczególnie byli uczniowie, przybyło aby oddać mu ostatnie pozdrowienie, temu, kto był im ojcem i nauczycielem. Wielu przełożonych i kapłanów przybyło jako koncelebranci mszy pogrzebowej. W orszaku żałobnym szli Salezjanie i byli uczniowie, wypełnieni słusznym ludzkim bólem, nieśli na ramionach śmiertelne szczątki swojego ukochanego ojca, nauczyciela i przyjaciela, pośród śpiewów i modlitw. Przekazując ostatni raz jego duszę Panu Życia i żegnając go, jego zwłoki pochowano w salezjańskim Mauzoleum. Opracował: Brunon Przewoźniak
|



