wtorek, 22 maja 2012
START Czytelnia Zdaniem Parafian MISJONARSKIE ŻYCIE
MISJONARSKIE ŻYCIE Drukuj
Autor(ka): Opr.: Brunon Przewoźniak   
środa, 15 października 2008 19:44

Nawiązując do tegorocznych Dni Misyjnych przedstawiamy sylwetkę ks. Aleksandra Michalskiego, Salezjanina, jednego z wielu Polaków misjonarzy, którzy swoje życie poświęcili pracy wychowawczej i nauczaniu młodzieży w dalekich krajach Ameryki Południowej, w tym w Peru.

O. Aleksander urodził się 7 lutego 1912 roku w Poznaniu. Jego ojciec Maksymilian był urzędnikiem pocztowym a mama Katarzyna z domu Jankowska prowadziła gospodarstwo domowe. Był czwartym dzieckiem w rodzinie, niestety dwie jego siostry zmarły w bardzo młodym wieku, pozostał jedynie starszy brat Leonard. Pierwszą klasę szkoły podstawowej rozpoczął w wieku 6 lat w1918 roku w Poznaniu, jeszcze w szkole niemieckiej. Od 1921 roku 9 letni Aleksander uczęszczał do Państwowego Gimnazjum im. Marcinkowskiego w Poznaniu. Edukację szkolną ukończył w 1928 roku jako szesnastoletni młodzieniec, był wychowywany w bardzo religijnej rodzinie a szkoła dopełniała tego wychowania i dostarczała wiedzy, którą przyswajał z dużym zaangażowaniem. Miało to zaowocować w późniejszym okresie jego życia. W tym czasie spotkał Salezjanów i dokonał odkrycia, że Pan chciałby mieć go jako współpracownika i świadka wśród młodzieży. Salezjanie poprzez serię prób znajdując jego dojrzałość dopuścili go do nowicjatu w Czerwińsku nad Wisłą. Tam z dala od gwaru, z pomocą łaski Bożej i opiekunów duchownych przygotowywał się do Konsekracji Salezjańskiej” i ugruntowywał swoją decyzję poświęcenia się pracy w służbie Bożej.

W Czerwińsku Aleksander przygotowywał się do pierwszych ślubów zakonnych, które złożył 4 października 1929 roku. Zaraz po ślubowaniu Aleksander wyjechał do Krakowa na dalsze studia z dziedziny filozofii, pedagogiki i duchowości salezjańskiej. Przebywał tam do końca września 1930 roku.

Aleksander nie ma dobrego zdrowia, dość często pojawia się gorączka, płuca nie są w porządku. Z czasem pojawi się gruźlica, już do końca życia problem ten będzie mu dokuczał. Zdaniem lekarzy zmiana klimatu dla niego będzie konieczna. W międzyczasie składa podanie o wysłanie na misje i dostaje pozytywną decyzję na wyjazd do Peru, którą przyjął z radością widząc w tym wolę Bożą. Razem z nim jeszcze trzech młodych kleryków otrzymało decyzję wyjazdu do Peru, wśród nich kleryk Szeliga, słynny dzisiaj Ojciec Edmund Szeliga Salezjanin (10 XI 1911 – 3 IX 2005), misjonarz wśród amazońskich Indian, z górą 70 lat mieszkający w Ameryce Południowej, znakomity botanik i wybitny lekarz samouk, pomagał tym, którym współczesna medycyna nie była już w stanie pomóc.

Aleksander wraz z trzema młodymi kandydatami na misjonarzy opuścił Polskę 3.10.1930 roku pociągiem przez Wiedeń do Turynu. Tam odbyło się uroczyste pożegnanie wyjeżdżających do Peru, każdy z nich otrzymał krzyż misyjny jako symbol ich posłannictwa.

Po krótkim pobycie w Turynie grupa pojechała do Genui, tam wsiadła na statek pasażerski „Colombo”, który opuścił port dnia 8 października 1930 roku kierując się do docelowego portu Callao w Peru. Na miejscu Aleksander trafił do Domu Formacji w Magdalena del Mar położonej niedaleko Limy. Tam kontynuował swoje studia filozoficzne, pedagogiczne i Salezjańskie i ukończył je z bardzo dobrym wynikiem. Uczył się też intensywnie języka hiszpańskiego, niezbędnego do prowadzenia jakiejkolwiek pracy w Peru. Znów odezwała się choroba płuc, która dawała już sygnały w Polsce. Lekarze stwierdzili gruźlicę i rekomendują dla niego klimat górski. Natychmiast z polecenia przełożonych i z potrzeby wsparcia placówki w Arequipa, rozpoczyna tam praktykę pedagogiczną, w międzyczasie odbywa stosowne do reguły zakonnej rekolekcje w Cusco. Klimat wysokogórski wyraźnie mu służy i poprawa zdrowia nastąpiła. Dnia 7 lutego 1933 roku, mając 21 lat, w dniu swoich urodzin otrzymał przed Bogiem, Kościołem i Kongregacją swój pierścień Profesji Wieczystej. W ten sposób poddał się w pełni Panu Bogu i Kongregacji.

W latach 1933-34 przebywał w Domu w Huancayo. Salezjanie przyjęli go z miłosierdziem i tam rozpoczął doświadczenie jako nauczyciel i asystent salezjański. Gdziekolwiek przebywał i pracował, utrzymywał ciągły kontakt z rodzicami i dalszą rodziną pisząc wiele listów, w każdym z nich prosząc o modlitwę w jego intencji i jednocześnie polecając Bogu swoich adresatów. Listy są kopalnią wiedzy o jego życiu, pracy i nastrojach jakim podlegał, są piękną ilustracją emocji, jakie przeżywał, gdziekolwiek by nie był i cokolwiek robił. Pokazują też jego głęboką wiarę w Boga, miłość do rodziców i zaangażowanie w pracy, którą sobie na całe życie wyznaczył.

W roku 1935 Aleksander otrzymał zezwolenie na studia teologiczne lecz niestety nie w seminarium a zaocznie. Musiał studiować wieczorami i prywatnie zdawać egzaminy pełniąc w ciągu dnia funkcję asystenta i nauczyciela wśród chłopców, najpierw w Puno a następnie w szkole rolniczej w Yucay niedaleko Cusco, gdzie dyrektorem był również Polak, ks. Florian Giebel. Zdając kolejne egzaminy przyjmuje święcenia niższe, subdiakonat i diakonat.

Wreszcie w dniu 10 lipca 1938 roku otrzymuje w katedrze w Cusco święcenia kapłańskie z rąk biskupa Santiago Hermoza. Swoją pierwszą Mszę świętą odprawił ks. Aleksander Michalski w Yucay w Cusco w szkole rolniczej w otoczeniu swoich uczniów, ich rodzin i przyjaciół z regionu andyjskiego. W ten sposób spełniło się proroctwo księdza Filipa Rinaldiego: „Odprawisz pierwszą Mszę świętą wśród Indian”. Możemy rzec, jak dziwne i wielkie są drogi Pańskie!

{mospagebreak}

Po święceniach kapłańskich ks. Aleksander rzucił się w wir pracy salezjańskiej. Pracował w wielu placówkach, w swoim życiu otrzymał 22 listy posłuszeństwa czyli mówiąc współczesnym językiem polecenia pracy. W latach 1939 – 1944 pracował w placówkach salezjańskich położonych w Sucre i w La Paz w Boliwii, następnie w latach 1945 – 1957 ponownie w Peru kolejno w placówkach w Yucay, Cuzco, Huancayo i Limie jako asystent, nauczyciel i katecheta. W każdej placówce pozostawił ślady swojego wielkiego zaangażowania i silnej osobowości. W sposobie jego bycia dominowały silne kontrasty, które jednak harmonizowały ze sobą. Można było w nim zauważyć ruchliwość i refleksyjność, nerwowość i spokój, niepokój i ostrożność, prawość i miłosierdzie, nieugiętość i wyrozumiałość, prostolinijność i dyplomację w sposobie mówienia a zawsze duże poczucie humoru.

Podczas drugiej wojny światowej korespondencja Ks. Aleksandra z rodziną z wiadomych względów przerwała się, została wznowiona dopiero w marcu 1946 roku. Wtedy dowiaduje się o tragicznej śmierci swego starszego brata Leonarda, który zginął z rąk Gestapo w wyniku jego działalności konspiracyjnej podczas wojny. Odczuł mocno śmierć brata ale pomimo żalu jak pisze w liście do rodziców: „czuję się nawet dumny bo umarł za Polskę kochaną… umarł jak na Polaka przystoi… jak bohater”.

Ks. Aleksander nie przestaje myśleć o odwiedzinach rodziny w Polsce, pisze listy i podania do kompetentnych władz państwowych i przełożonych w Kongregacji nie tracąc nadziei na pomyślne rozwiązanie tej kwestii. Wreszcie po wieloletnich staraniach uzyskuje paszport z klauzulą na wyjazd do kraju i przyjeżdża w połowie maja 1957 roku do rodzinnego Poznania, po raz pierwszy po 27 latach od opuszczenia Polski. Spędza tu kilka tygodni ze swoją matką i rodziną. Jeszcze trzy razy odwiedza Polskę, ostatnio w lipcu 1988 roku podczas swego jubileuszu 50-lecia kapłaństwa. W międzyczasie stale pracuje z młodzieżą w placówkach salezjańskich w Cuzco, Callao i Piura jako nauczyciel i katecheta. Był bardzo kompetentny będąc praktycznie samoukiem. Nie studiował na żadnym uniwersytecie, kościelnym lub świeckim, poświęcił się jednak z całą powagą, głębią i kompetencją matematyce, fizyce, chemii i biologii. Władał też sześcioma językami nie licząc łaciny i narzeczy indiańskich. Bardzo dobrze przygotowywał lekcje, był wymagający od siebie tak samo jak w stosunku do uczniów. Ale jego cechy charakteru pozwalały mu stworzyć doskonałą atmosferę w kontaktach z uczniami, lubili go bardzo i szanowali. Jak sam stwierdza to około 90% swojej aktywności w życiu poświęcił pracy dydaktycznej i wychowawczej wśród młodzieży. Jego talent i zaangażowanie w tej dziedzinie zostały zauważone publicznie. W czerwcu 1983 roku ks. Aleksandrowi stuknęła 50-tka pracy nauczycielskiej i z tej okazji, doceniając wielkie jego zasługi na polu nauczania i wychowania młodych ludzi, rząd peruwiański odznaczył go orderem „Palm Nauczycielskich”. Jest to odznaczenie porównywalne do naszego Medalu Edukacji Narodowej.

Marzył jednak wciąż o tym, by doświadczyć życia prawdziwie misjonarskiego w autentycznej dżungli wśród tubylczych Indian i udał się do Wenezueli na misje położone w górnym biegu rzeki Orinoko. Nam nie sposób wyobrazić sobie, jak trudne warunki tam miały go spotkać, ale on był zdeterminowany podjąć tę trudną pracę i spędził tam trzy lata. Jednak choroba płuc była jego rzeczywistym cierpieniem i nie opuszczała go od lat młodzieńczych aż do ostatnich dni jego życia. Walczył z nią i nie poddawał się chociaż miał czasami chwile zwątpienia. Przezwyciężał chorobę swoim silnym charakterem, modlitwą i wiarą, że Pan Bóg nie opuści go, bo jest ciągle potrzebny w pracy dla innych. Ks. Aleksander ostanie lata życia spędził w Domu Inspekcyjnym Kongregacji w Limie kierując pracami w archiwum Zgromadzenia.

Ks. Aleksander zdaje sobie sprawę, ze powoli dobiega do kresu swojej bogatej wędrówki ziemskiej, bo zdrowie szwankuje coraz bardziej. Ale jak każdy z nas chciałby pozostać tu jak najdłużej, szczególnie jak mówi: „żebym mógł być jeszcze użyteczny dla Boga i dla ludzi”.

Nie skorzystał już z zaproszenia na obchody 90 rocznicy przybycia Salezjanów do Cusco. Coś przeczuwając chciał pozostać w ciepłym klimacie Piury, wśród ludzkiej miłości, która przyjęła go na długie 30 lat w tej miejscowości. Chciał umrzeć na ziemi, która przyjęła go z ludzkim ciepłem.

27 października 1995 roku w Piurze, w Kolegium Podstawowym przyjął wiele wizyt i odbył wiele rozmów telefonicznych. Skorzystał również z obecności przyjaciela kapłana, aby pojednać się ostatni raz z Bogiem i pozostawić wszystko w doskonałym porządku. Dwa dni później, 29 października w ciszy, nie niepokojąc nikogo, bez bojaźni ani bólów głowy, oddał spokojnie ducha Panu.

Wiadomość o jego śmierci rozeszła się jak burza piaskowa po całym mieście i Salezjańskim Peru. Wiele osób, szczególnie byli uczniowie, przybyło aby oddać mu ostatnie pozdrowienie, temu, kto był im ojcem i nauczycielem. Wielu przełożonych i kapłanów przybyło jako koncelebranci mszy pogrzebowej. W orszaku żałobnym szli Salezjanie i byli uczniowie, wypełnieni słusznym ludzkim bólem, nieśli na ramionach śmiertelne szczątki swojego ukochanego ojca, nauczyciela i przyjaciela, pośród śpiewów i modlitw. Przekazując ostatni raz jego duszę Panu Życia i żegnając go, jego zwłoki pochowano w salezjańskim Mauzoleum.

Opracował: Brunon Przewoźniak
Gdańsk Osowa, październik 2008.

 

Jan Paweł II

Remonty, inwestycje

KONCEPCJA ARCHITEKTONICZNA PRZEBUDOWY ELEWACJI FRONTOWEJ NASZEGO KOŚCIOŁA

Pomoc dla Alicji

Pomoc dla Alicji

PZ Caritas

Papieskie intencje modlitewne

Maj
Ogólne: Aby w społeczeństwie były promowane inicjatywy chroniące i umacniające rolę rodziny.

Misyjne: Aby Maryja, Królowa Świata i Gwiazda Ewangelizacji, towarzyszyła wszystkim misjonarzom głoszącym Jej Syna Jezusa.

Na stronie

Odwiedza nas 35 gości 
© 2001-2012 Parafia Chrystusa Zbawiciela w Gdańsku Osowie
Designed by Templatka.pl