|
I w tym roku - już jutro 10 stycznia - Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Orkiestra Jurka Owsiaka zagra dla dzieci z chorobami onkologicznymi.
4 lata temu kilka osób z naszej parafii było współuczestnikami niecodziennego wydarzenia. Myślę, że nie tylko z racji jutrzejszego Finału, warto do tej relacji jeszcze raz powrócić…
JB
1 lutego 2006 r.
"Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy Dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory Jest taki dzień, w którym radość wita wszystkich Dzień, który już każdy z nas zna od kołyski
Jest taki dzień, tylko jeden raz do roku Dzień, zwykły dzień, który liczy się od zmroku Jest taki dzień, gdy jesteśmy wszyscy razem Dzień, piękny dzień, dziś nam rok go składa w darze"
Długo zabierałyśmy się do napisania tych słów – całe pięć tygodni… Ola – pacjentka Kliniki Onkologii Dziecięcej Akademii Medycznej w Gdańsku, Joanna – mama 11-letniego Michała i ja – Ewa, lekarz oddziału. Chciałyśmy opowiedzieć o bardzo szczególnym dniu, jakim była Wigilia w naszej klinice. Wigilia jednocześnie tradycyjna i niezwykła, radosna i smutna zarazem, piękna i bolesna… Dzień nieprawdopodobnie poruszający - zarówno przez swe doniosłe znaczenie religijne, jak i z powodu miejsca i wyjątkowych uczestników tego Bożonarodzeniowego Święta. Może dlatego potrzebowałyśmy tyle czasu, tylu zwykłych kolejnych dni, by ucichnąć, uspokoić serce i wyrazić to, co na zawsze w nim zagościło po naszym wspólnym Wigilijnym Spotkaniu. Bo nie jest łatwo pisać o rzeczach codziennych i wielkich jednocześnie, a takie jest właśnie życie dzieci z chorobą nowotworową…
Myśląc intensywnie, jak mogłabym zacząć ten nietypowy reportaż, pomyślałam o słowach Matki Teresy z Kalkuty: "Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego, moralnego i duchowego ubóstwa - jest Boże Narodzenie. Zawsze, kiedy sam nie mając wiele potrafisz dzielić się z innymi i obdarzasz ich radością - jest Boże Narodzenie. Zawsze, kiedy czynisz swoje serce bezpiecznym domem dla przestraszonych, utrudzonych, odepchniętych i wzgardzonych - jest Boże Narodzenie”. Słowa przepiękne, słowa Osoby, która całe swe życie poświęciła potrzebującym i która swoich podopiecznych uważała za ludzi wyjątkowych.
My, lekarze onkolodzy, także mamy wyjątkowych, wspaniałych i niezwykłych podopiecznych, a praca dla nich jest szczególnym powołaniem i zobowiązaniem… Nie jest to praca łatwa. Do pewnych rzeczy nie da się przywyknąć, pewnych spraw nie można zrozumieć, można je tylko zaakceptować. Trudno czasem mieć nadzieję wbrew statystykom i ludzkiej logice, niełatwo ubrać się w uśmiech i radość, gdy w sercu zwątpienie i lęk przed własną bezradnością… Mimo to – próbujemy codziennie - i nie tylko my. Niezastąpieni, niestrudzeni rodzice i bliscy, nauczyciele, wychowawcy, pielęgniarki, salowe – wszyscy tworzą kawałek tego szczególnego świata w szpitalu onkologicznym – bo to jednak jest świat osobny i osobliwy. Dotychczasowe sprawy i dążenia pozostają jakby w innej równoległej rzeczywistości, a życie dziecka dotkniętego ciężką chorobą i jego najbliższych koncentruje się tylko na jednym – codziennej niezmordowanej walce. “Jest taka ogromna moc w człowieku, która każde ciało uniesie ku górze - to Miłość” pisał Roman Mleczko. Taką właśnie miłością staramy się ogarniać naszych małych pacjentów.
I nie tylko my... Są także ludzie spoza kliniki, nie związani bezpośrednio z jej życiem i problemami, którzy chcą i potrafią włączyć się do tej walki. Piękne jest, że w tym zagonionym, pospiesznym życiu znajduje się tak wiele osób, którym zależy, by zrobić coś dobrego i pożytecznego. Tak właśnie, dzięki pomocy i zaangażowaniu całej rzeszy ofiarnych ludzi, udało się stworzyć niezapomniane Spotkanie Wigilijne w naszej klinice.
To była pierwsza Wigilia zorganizowana w nowym, pięknym budynku Kliniki Onkologii i Hematologii Dziecięcej. Budynku, będącym darem serca nie tylko budowniczych i osób finansujących to przedsięwzięcie, ale również, a może przede wszystkim, artystów plastyków, którzy przez wiele miesięcy ogromnej pracy przemienili szpitalne sale i korytarze w świat baśni i czarów. W takim otoczeniu nawet cierpienie, rozpacz i smutek bolą trochę mniej i łatwiej nam, lekarzom, te uczucia naszych małych pacjentów i ich rodzin odsunąć i „zagadać”. Choć na chwilę…
A czy nam się to udaje? Czasami tak. Przeczytajcie proszę dwie relacje z naszej tegorocznej Wigilii.
Pierwsza to opowieść Joanny, mamy 11-letniego Michała. Mamy niesamowitej: ciepłej, czułej, cierpliwej i bardzo silnej. Mamy godnej podziwu, która stałą obecnością i opieką daje poczucie bezpieczeństwa i spokoju swemu choremu synowi. Jestem Jej bardzo wdzięczna za to, że znalazła czas, by podzielić się swoimi spostrzeżeniami i odczuciami na temat naszej wspólnej Wigilii w klinice... I że tego chciała...
"Boże Narodzenie – czas radości, zadumy i ... najpiękniejsze chwile bycia z rodziną! W tym roku Wigilia moja i mojego dziecka wypadła w tym miejscu – na onkologii dziecięcej. Ale nie jest to zwykły szpital. Bardziej odpowiednio można byłoby to ująć inaczej: „dom” – drugi dom. Myślałam: święta, Wigilia, jak zniosę ten ból i cierpienie wszystkich dzieci tutaj i rodziców! Przecież powinnam być w domu z moim synem i resztą rodziny. Jednak w życiu nie zawsze jest tak, jakbyśmy sobie życzyli. Idąc z synem na Wigilię do sali wykładowej kliniki myślałam: co ja tam będę robić?! Nikogo nie znam, po prostu widzimy się od czasu do czasu na korytarzu. Kiedy byłam już w środku doznałam szoku. Spóźniłam się nieco, ale kiedy weszliśmy, przywitano nas jak „członków rodziny”, jakby specjalnie na nas czekano. Stoły zastawione potrawami wigilijnymi. Przy nich siedzący razem, wspólnie - pacjenci (dzieci), rodzice, lekarze, pielęgniarki, salowe – jednym słowem wszyscy! I oczywiście zespół muzyczny który przez cały czas grał i śpiewał kolędy, podnosząc piękno tej niespotykanej chwili. Wszyscy uczestnicy tworzyli jedną wielką rodzinę. Nie było tam hierarchii: lekarz, pielęgniarka, pacjent. Atmosfery, jaka tam panowała, może pozazdrościć niejedna normalna rodzina. Każdy zdawał sobie sprawę, że nie można tej chwili „zmarnować”! Trzeba zrobić wszystko aby te nasze dzieciaki poczuły się jak w domu (i chyba się udało). Zespół grał tak pięknie, że czasem zamiast śpiewać kolędy nie mogłam wydusić słowa, a łzy po prostu płynęły same. Szybko to jednak przechodziło, gdy widziałam, że dzieci zapomniały na tę krótką chwilę o szpitalu, chemii, naświetlaniach, zabiegach. Na ich twarzach był uśmiech, radość (choć pewnie w głębi serca ból i tęsknota za normalnym życiem). Muszę powiedzieć, że był to najbardziej niezwykły moment w moim życiu. Z jednej strony ból, cierpienie, smutek i żal, z drugiej radość i wzruszenie. I wdzięczność, że tylu dobrych ludzi okazało naszym dzieciom tak wiele serca, miłości i ciepła. Zespół, który grał i śpiewał, a wraz z nim wszyscy uczestnicy. Lekarze, którzy przeżywali te ulotne chwile wraz z nami i robili wszystko, abyśmy poczuli magię Bożego Narodzenia. Jedno jest pewne – do końca życia nie zapomnę tego dnia i tej Miłości. Życzyłabym wszystkim, aby w każdym szpitalu (tam gdzie ludzie są samotni, chorzy) mogli cieszyć się takim wsparciem moralnym od osób trzecich jak ja w tamtej chwili. To nie jest zwykły szpital...”
Drugie spojrzenie na piękny dzień Wigilijnego Spotkania w klinice przedstawiła 16-letnia Ola. Ola choruje na ziarnicę i leczy się w klinice onkologii od lipca 2005 roku. Sporo w tym czasie przeszła - zabieg, chemioterapia, radioterapia, na szczęście z bardzo dobrym efektem i rokowaniem na przyszłość. Jest niezwykle uzdolniona: pięknie rysuje, pisze wiersze, a dziś po raz pierwszy debiutuje w reportażu. Oto on:
„Już kilka dni wcześniej rozpoczął się „niewielki” świąteczny rozgardiasz. Święta przygotowywali wszyscy, od lekarzy, przez nauczycieli, na pacjentach i ich rodzicach kończąc. Wszyscy, w dobrych czy smutnych nastrojach, starali się pomagać. Zostałam „zaciągnięta” do brania udziału w jasełkach. Przypomniała mi się wtedy rola aniołka, którą odegrałam kilka lat temu, w „podstawówce”. Tu na szczęście nie musiałam stroić się w bibułkowe skrzydełka...
W dniu Wigilii zamieszanie było od rana. Wszyscy zabiegani do granic możliwości! Lekarze i pielęgniarki z obłędem w oczach próbowali spełniać swoje medyczne zadania, bohatersko ukrywając przed nami przygotowywanie wigilijnych niespodzianek. Wtedy tego nie wiedziałam, ale teraz już rozumiem tajemnicze zniknięcie kilku mam w dyżurce lekarskiej…Cały pokój między biurkami pokrywały liczne zabawki, kupione przez jakąś firmę, która z dobrego serca postanowiła obdarować nas - pacjentów onkologii dziecięcej. Mamy pakowały podarunki, lekarze doklejali karteczki z naszymi imionami i nazwiskami – podobno upojny widok wzajemnego współdziałania w szaleństwie... A ja tymczasem, uzbrojona w mikołajową czapę i skrawek jasełkowego tekstu udałam się na próbę generalną. Towarzyszył nam w niej zespół muzyczny z Parafii Chrystusa Zbawiciela w Gdańsku-Osowie, który już od kilku miesięcy regularnie odwiedza naszą klinikę i gra na Roratach i Mszach świętych, także Komunijnych. Sześcioro sympatycznych młodych ludzi: Asia, Alicja, Ania, Adam, Tomek i Michał i ich klawisze, gitary, bębenki, grzechotki, no i głosy oczywiście. Grają wspaniale i z dużą radością, co słychać, a także widać – bo wystąpili zaopatrzeni w czapki mikołajowe i rogi renifera. Przyjemny efekt, spójrzcie na zdjęcia!
Niedługo potem wszyscy zaczęli powoli schodzić na parter, gdzie ustawiono stoły z wigilijnymi potrawami. Przyszły tłumy: prawie wszyscy pacjenci, nawet ci mocno chorzy, niektórzy z kroplówkami, na wózkach, o kulach. Wszyscy lekarze (moja pani doktor też w czapce Mikołaja jako honorowy członek zespołu muzycznego!), pielęgniarki, nauczycielki, wychowawcy, rodzice, krewni i znajomi i znajomi znajomych też. Rozpoczęło się czytaniem Pisma Świętego, kolędą, jasełkami i świątecznymi życzeniami. Gdyby tylko przy „wygłaszaniu” mojej kwestii jakaś komórka nie zaczęła śpiewać... Potem przyszedł czas na opłatek i strasznie dużo zamieszania. Każdy chciał dostać się do każdego, wiec oczywiście trwało to ponad godzinę. Gdy wszyscy znaleźli już miejsce, wjechały prezenty. Było ich chyba więcej niż mnóstwo! Starsi dostali gry, młodsi chłopcy samochody, a maluchy pluszaki i takie jakby tablice do rysowania. W każdym razie wyglądały całkiem fajnie. Oswoiwszy się z podarunkami zabraliśmy się do potraw na stołach. Ku uciesze pacjentów nie były nazbyt dietetyczne i lekkostrawne. Słowem: pyszne!
Przez całą Wigilię (później także) muzyczny zespół złożony z mikołajów, renifera i pani doktor śpiewał i grał kolędy. Niektórzy rodzice i pacjenci dali się namówić i śpiewali razem z nimi. Uważam, że ja śpiewać nie potrafię, więc tylko wsłuchiwałam się w kolędy, ale moja mama była bardziej aktywna. Przez cały czas atmosfera była taka jakby...magiczna.. Nawet gdy Wigilia już się skończyła, zespół grał dalej jeszcze długo, długo... Ciągle słyszę tę muzykę i śpiew.
To było piękne i bardzo zapadło mi w pamięć. Postanowiłam za rok również „wprosić” się na Wigilię w klinice. Choć nie planuję być już jej pacjentem. Bo jeszcze tylko jedna kuracja chemiczna przede mną i będę mogła wrócić do dawnego życia. Bardzo się z tego cieszę, ale jednocześnie…czuje jakby smutek i tęsknotę. W czasie tych 6 miesięcy w klinice poznałam kapitalnych ludzi, których teraz będzie mi po prostu bardzo brakowało. Mam nadzieję, że pozwolą mi uczestniczyć w kolejnych spotkaniach i „imprezach” w klinice, bo tu jest tak niezwykle, ze każdy czuje się jej częścią.”
Na zakończenie każdego reportażu przydałoby się jakieś podsumowanie, pointa, złota myśl. Szczerze mówiąc, wynotowałam sobie kilka mądrości, które bardzo by tu pasowały. Ale po zastanowieniu, żadnej z nich nie zamieszczę... Powiem tylko: DZIĘKUJĘ – tym wszystkim, dzięki którym nasza Wigilia w Klinice Onkologii i Hematologii Dziecięcej Akademii Medycznej w Gdańsku była Prawdziwym Cudem.
|