| Gdzie zapuszczasz korzenie? |
|
| Autor(ka): Jan Andrzej Kłoczowski OP |
| poniedziałek, 07 listopada 2011 14:42 |
|
Źródło: W drodze, Nr 11(459)2011 Pytam siebie i czytelników o korzenie, ponieważ chcę podzielić się kilkoma myślami na temat „radykalizmu”. Proponuję więc, byśmy zaczęli od korzeni, czyli dosłownie od pochodzenia tego terminu, o którym mowa i który – chyba się wszyscy zgadzamy – wzbudza bardzo liczne kontrowersje. Warto przypomnieć, że słowo „radykalizm” pochodzi od łacińskiego „radix”, czyli właśnie „korzeń”. Po prostu korzeń, za pomocą którego drzewo czy krzew czerpią soki z ziemi, by wzrastać i owocować. Słowo to także używane jest w znaczeniu przenośnym i może oznaczać „podstawę” czy „źródło”. Tak więc, jeżeli będziemy posłuszni mądrości wypowiedzianej po łacinie, nazwiemy jakiegoś człowieka radykalnym, jeżeli będzie „ukorzeniony”, a więc nie tylko mocno stojący po ziemi, ale i taki, który w tę ziemię, czyli w podstawę, mocno wrósł. Radykalizm biblijny Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą występnych, Przekaz psalmisty jest jasny: gleba, na której jest zasadzony „szczęśliwy mąż”, to księga Prawa, księga Objawienia, pouczająca go o mądrości, tej najważniejszej, która uczy człowieka życia owocnego. Zasadzenie „nad płynącą wodą” nie jest bowiem tylko czynnością myślową, rozwiązywaniem intelektualnych zagadek, ale musi owocować, czyli zrodzić czyn płynący z tej mądrości. Można więc mówić o radykalizmie biblijnym, czyli opowieści o tym, co powinni ludzie czynić, jak żyć, aby ich życie było „ukorzenione”. Jezus stawia swoim uczniom radykalne żądania: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną” (Mk 10,21). Jednak człowiek, który usłyszał taką odpowiedź na pytanie o to, co ma czynić, aby się zbawić – nie był człowiekiem radykalnym, nie mógł przyjąć słowa „wszystko”. Coś z pewnością by dał, podzielił się nawet hojnie z ubogimi, którzy przecież tłumnie podążali za Nauczycielem. Ale „wszystko”? Jak można dać wszystko, przecież trzeba żyć, z powietrza nie można się utrzymać. Dlatego spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości (por. Mk 10,22). Po kilku stuleciach słowa te usłyszał w kościele inny człowiek i potraktował je radykalnie: rozdał wszystko, co miał, i udał się na pustynię, aby całe życie poświęcić wyłącznie Bogu. Tak św. Antoni Pustelnik (zwany także Wielkim) dał początek życiu monastycznemu. Uważny czytelnik Ewangelii pamięta także inną scenę, kiedy Jezus w drodze do Jerozolimy, która akurat wiodła przez nieprzyjazną Żydom Samarię, wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. „Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich? Lecz On odwróciwszy się zabronił im” (Łk 9,51–55). Jezus stawia bardzo mocne – radykalne właśnie – żądania swoim uczniom, ale nie zgadza się na przemoc w stosunku do swoich przeciwników. Podobnie postąpi, upominając Piotra, gdy ten wyciągnie miecz, by bronić swego Pana przed oprawcami, którzy wtargnęli do ogrodu Getsemani. „Wtedy Jezus rzekł do niego: Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną” (Mt 26,52). Co jest większym radykalizmem w świetle nauki Chrystusa? Uciąć ucho przeciwnikowi czy też schować miecz do pochwy? Duch świata każe chwytać za broń, duch Ewangelii każe go schować. Nie oznacza to jednak kapitulacji ani zgody na klęskę, lecz radykalną odmowę posługiwania się w konflikcie metodami dzieci tego świata. Nawet za najwyższą cenę, jeżeli trafne są słowa Simone Weil, która napisała, że kto miecz odkłada, umiera na krzyżu. Zwycięstwo jest w innym porządku, który odwołuje się do innej mocy i dlatego być chrześcijaninem to czcić Zmartwychwstałego. Tyle lekcji radykalizmu biblijnego. Między dosłownością a obrazem Radykalizm jest słowem, którym posługujemy się przede wszystkim w debatach politycznych i społecznych, walcząc o ważne dla nas wartości, o fundamentalne prawdy. Chrześcijanie żyją w świecie, ale – jeżeli naprawdę zawierzyli Jezusowi – nie kierują się logiką świata i prawami walki, które ona narzuca. Nie są bezbronni, też walczą, ale ich broń pochodzi z innego arsenału. Zanurzeni w postmodernistycznej mgławicy myślowej mamy pokusę – i wielu z nas jej ulega – aby chwycić za broń dającą nadzieję natychmiastowego zwycięstwa. Albo zamykamy się w okopach Świętej Trójcy, w nadziei przechowania skarbu, aż nadejdą lepsze czasy. Z dużym zrozumieniem przeczytałem słowa czeskiego duchownego Tomaša Halika w jego wydanej niedawno w Polsce książce zatytułowanej Cierpliwość wobec Boga: „Jestem przekonany, że obecnie nie ma nic ważniejszego w naszym świecie niż znalezienie drogi między Scyllą religijnego fundamentalizmu a Charybdą fanatycznego sekularyzmu”. Podzielam ten pogląd. Dotyczy on sprawy nadzwyczaj istotnej, czyli tego, jak chrześcijanie, czy w ogóle ludzie religijni, mają znaleźć dla siebie miejsce we współczesnej kulturze naznaczonej chaosem i zerwaniem ciągłości dziejowego przekazu wartości i wiary. Strategie są różne. Weźmy sprawę rozumienia Biblii. Są tacy, którzy kurczowo trzymają się dosłownej interpretacji jej przekazu i gotowi są dać głowę za to, że Pan Bóg w sześć dni stworzył świat, uważając tym samym, że wszelkie próby innego wyjaśnienia sprzeciwiają się dostojnemu autorytetowi Słowa Bożego i prowadzą do bezbożności. Ale znajdują godnych siebie przeciwników wśród zwolenników nie tylko ewolucji, ale i – co może ważniejsze – wśród historyków, dla których dzieje Izraela nie są jakimś wyjątkowym zjawiskiem na tle historii Bliskiego Wschodu, a poglądy religijne (przede wszystkim wiara w jednego Boga) zostały zaczerpnięte z zasobów myśli kultur dużo bardziej rozwiniętych, jak choćby z Egiptu. Rozumiem intencję chrześcijan, pragnących zachować wiarę w prawdziwość przekazu biblijnego, ale rozumieć to nie znaczy zgadzać się z ich poglądami. Mądrość Kościoła już dawno wskazała drogę, na której możemy szukać rozwiązania tej kontrowersji, w przeciwieństwie do muzułmanów, dla których każda litera świętej Księgi jest nie tylko natchniona, ale przekazuje objawienie, które należy rozumieć dosłownie. W głównym, a nie fundamentalistycznym nurcie chrześcijańskiej teologii dokonano ważnego rozróżnienia – nie należy mieszać natchnienia z Objawieniem. Co znaczy ta tajemniczo brzmiąca dla laików formuła? Całe Pismo jest natchnione, nad jego redakcją czuwał Duch Święty, ale nie wszystkie informacje, które znajdujemy na kartach Księgi, zawierają objawioną prawdę zbawczą. Jasno określił to ważny dokument Soboru Watykańskiego II mówiący o relacji między natchnieniem a Objawieniem. „Ponieważ więc wszystko, co twierdzą autorzy natchnieni, czyli hagiografowie, powinno być uważane za stwierdzone przez Ducha Świętego, należy zatem uznawać, że księgi biblijne w sposób pewny, wiernie i bez błędu uczą prawdy, jaka z woli Bożej miała być przez Pismo Święte utrwalona dla naszego zbawienia” (Konstytucja o Objawieniu Bożym, 11). Zatem prawdą objawioną jest to, co Pismo mówi o drogach wiodących człowieka do zbawienia, ale autorzy mówią o tym w sposób zgodny z ich obrazem świata. Bardzo jasno i dobitnie powiedział to już dawno Galileusz, tłumacząc teologom zaniepokojonym niebezpiecznymi – jak sądzili – dla wiary skutkami jego astronomicznych odkryć. Pisał mniej więcej tak: Pismo uczy, jak dostać się do nieba, a nie jak ciała niebieskie się poruszają...
|



