Do zobaczenia, Ojcze...

...wybacz mi Ojcze, że pomimo Twojej nauki, pomimo Twoich słów i pomimo Twego przykładu zapłakałem w Ten dzień. To właśnie słuchając Ciebie często rozmyślałem o „dniu przejścia”. Uczyłeś nas, że „czas ucieka a wieczność czeka” a przede wszystkim – „pomimo starości, pomimo śmierci – młodość w Bogu”. Starałem się o tym zawsze pamiętać. Gdy przyszedł dzień Twojego powrotu do domu Ojca chciałem być silny, chciałem pokazać, że wiem iż to tylko chwilowa rozłąka a jednak smutek powalił mnie na kolana i tylko cicha modlitwa przerywała moje łkanie. Wybacz...

 Jest pierwszy dzień kwietnia 2005, piątek – weekendu początek. Jadąc do pracy słucham w radiu ks. Jerzego Kownackiego, który jak co rano próbuje zarazić mnie swoim optymizmem i dobrym słowem bym i ten kolejny dzień rozpoczął z jakąś pozytywną motywacją. Nie pamiętam czy padło odwieczne przy piątku „noga z gazu” bo mój telefon komórkowy zgłasza otrzymaną nową wiadomość. To od córki Agaty, która bardzo rzadko do mnie wysyła sms’y, czyli coś ważnego. Niezwłocznie, stojąc na skrzyżowaniu czytam – „tata słuchaj radia bo papież jest bardzo chory, umierający”. Przypominam sobie od razu, że jeszcze dziś nie słuchałem żadnych wiadomości. Gdy wpadam do siedziby naszej firmy w zasadzie nie odpowiadam na powitania kolegów, kieruję się od razu na zaplecze gdzie mamy radioodbiornik. Dochodzi ósma rano, przy głośniku jest nas paru, wszyscy skupieni czekają na wiadomości. Trochę się boję ich słuchać. Podają Twój stan zdrowia z nocy i zapewniają, że jak tylko będą nowsze dane to zaraz będą informować. Z tego co zrozumiałem wiem, że nie jest dobrze. Koledzy coś tam rozprawiają, ja szukam samotności. Idę do dyspozytora i widząc brak chętnych do wyjazdu na Kaszuby pakuję towar i ruszam w trasę. Nie zastanawiam się nad tym, że mam kawał drogi przed sobą. Jestem sam i to mi bardzo odpowiada. Ze łzami w oczach modlę się o zdrowie i siły dla Ciebie, by Bóg jeszcze nam zostawił Ciebie Ojcze na trochę. Ojcze Święty miej siły i tym razem, przecież tyle razy nam to pokazywałeś...  

 

   Twoja posługa w Rzymie to całe moje dorosłe życie. Pamiętam lekcję religii, gdy w jednej z sal dolnego kościoła NMP Królowej Różańca Świętego na gdańskim Przymorzu ks. Franciszek Cybula, nasz duszpasterz młodzieżowy ogłosił nam, że nowym papieżem jest polski kardynał, Karol Wojtyła. Byliśmy rok przed maturą, czuliśmy wielką radość ale nikt przecież nie przypuszczał co przyniesie Twój pontyfikat. Na naszych oczach zmieniłeś świat. Zmieniłeś też nas. Pierwszy raz miałem zaszczyt spotkać się z Tobą w Krakowie podczas Mszy Św. na Błoniach, w roku 1983, gdy drugi raz odwiedzałeś swoją ojczyznę. Tam mówiłeś do nas – „musicie być mocni mocą miłości, która jest potężniejsza niż śmierć, która wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma – tej miłości, która nigdy nie ustaje” (1 Kor 13, 7-8). To było wielkie uniesienie. W czeluści stanu wojennego, w szarej rzeczywistości, tam w Krakowie ludzie odczuwali duchową jedność. Spoglądali na siebie i odpowiadali sobie uśmiechem. To co zacząłeś na placu Piłsudskiego w Warszawie podczas swojej pielgrzymki do ojczystego kraju trwało w nas nadal i nadal porażało.
Słuchałem Cię też tam w Krakowie na Franciszkańskiej 3, pod oknem wraz z rzeszą równie mi młodych ludzi, dla których od pierwszych dni swojego pontyfikatu stałeś się nauczycielem, wzorem, ojcem i przyjacielem. Nie umiem ocenić na ile Twoje słowa udało nam się wprowadzać w życie, patrząc po sobie wiem, że to dzięki Tobie chciałem być po prostu lepszy we wszystkim co robiłem...
  
 Piątek upływa dość szybko. Staram się prowadzić samochód uważnie, bo cały czas odrywa mnie od rzeczywistości modlitwa i przeróżne wspomnienia. Może to jakiś egoizm, ale proszę Boga bym mógł Cię jeszcze kiedyś spotkać, przecież nie raz, wiem że, jak mawiałeś „wszystko w rękach Opatrzności Bożej” ale przecież jest tyle planów. Twoja choroba je koryguje, ale człowiek wierzy, że i tym razem się uda. Podczas wrześniowego, ubiegłorocznego spotkania seniorów nad brzegami jeziora Lednica ojciec Jan Góra, duszpasterz akademicki, główny organizator spotkań na lednickich polach tak pięknie mówił o Twojej gotowości i chęci zawitania pod tamtejszą bramę III tysiąclecia w kształcie ryby. Przecież podświadomie czekam na to spotkanie z Tobą, właśnie w tym miejscu.

 

Jest piękny, słoneczny dzień. Bez problemu pokonuję swoją trasę i powoli wyzbywam się ładunku. Teraz dojeżdżam do Sierakowic. Przy wjeździe do miasteczka stoi reklama ołtarza papieskiego zachęcająca do odwiedzania go. Czemu jej wcześniej nigdy nie zauważyłem ? Nie pamiętam byś był w Sierakowicach. Pytam w hurtowni, gdzie zdaję towar, o ten ołtarz. Są dumni, że u nich stoi. To główna część papieskiego ołtarza z Pelplina przy którym odprawiłeś Mszę Św. w 1999 roku. Teraz stoi tu, bo stąd pochodzi projektant tegoż ołtarza. Dla mnie to jakiś znak. Zaopatrzony we wskazówki znajomych z hurtowni szybko docieram na miejsce gdzie ołtarz obecnie jest posadowiony, niedaleko za kościołem parafialnym. Rzeczywiście to ta przepiękna sieć, niesiona przez dwa ptaki, rozpostarta między dwoma krzyżami. Przyklękam i modlę się przez dłuższą chwilę. Ludzi jest tu bardzo niewielu, tylko jacyś rowerzyści patrzą się na mnie, żegnają się i odjeżdżają. Przypominam sobie pielgrzymkę z 1999 roku. To przecież u nas w Gdańsku był jej początek. Z całą rodziną staliśmy w Rębiechowie, przy lotnisku na trasie Twojego przejazdu. Przemknąłeś obok nas w swoim eleganckim papamobile zdążając do pobliskiego Sanktuarium w Matemblewie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to będzie dla mnie bardzo ważne spotkanie z Tobą. Trud który wtedy podjąłeś, jego rozmiar i skutek jest dla nas bardzo wymowny po dziś dzień...
 
W końcu dojeżdżam do domu. Witamy się z małżonką Beatą przelotnym uściskiem. Widzę w jej oczach także wielkie zatroskanie i obawę. Jak u wielu Polaków w tych dniach naszym oknem na świat staje się telewizor. To okno otwarte jest tylko w jednym kierunku. Jednak wiadomości docierające z Watykanu nie są dobre. Twój stan jest bardzo poważny. Na zmianę słucham wiadomości i się modlę. Po stanowczej zapowiedzi rzecznika Watykanu Joaquina Navarro-Valls’a o kolejnych komunikatach przewidzianych dopiero na dzień następny postanawiam iść spać. Zasypiam słuchając radia przez słuchawki. Ono też budzi mnie z rana informacją o Twoim stanie zdrowia. Bardzo ciężki ale stabilny. Po wspólnym śniadaniu szukamy jakiegoś zajęcia. Jednak nie możemy niczym zająć się na dłużej. Idziemy do naszego kościoła w Gd-Osowie. Jest tam wielu ludzi. W ciszy wraz z nimi modlimy się. Siła wspólnej modlitwy uspokaja trochę moje rozedrgane emocje. Jednak gdy wracamy do domu od nowa przykuwam się do telewizora i szarpię się z niepokojącymi kolejnymi informacjami. Tak mija popołudnie i wieczór...
 

 21:37. Gdy słyszę słowa o Twoim odejściu do domu Ojca i po chwili dzwony wstrząsa mną potężne łkanie. Córka Agata, która pierwszy raz w życiu widzi mnie w takim stanie przytula mnie i tak trwamy przez chwilę, płacząc i modląc się na przemian. A więc stało się...
 

02-04-2005. Niedziela upływa nam na wyciszonej modlitwie i wspominkach o Tobie. Ze łzami w oczach oglądam przeróżne fragmenty Twojego pontyfikatu serwowane przez wszystkie stacje TV. Wywieszam w oknie Twój plakat. W południe stajemy trzymając się za ręce w naszym salonie. To część łańcucha żywych na Twoją część. Powoli ustępują moje emocje. Bardzo buduje mnie postawa hierarchów naszego Kościoła. Przecież jestem wierzący i wiem gdzie teraz jesteś Ojcze, jednak to dzięki ich postawie tak naprawdę godzę się z Twoim przejściem do innego życia. Teraz też dociera do mnie znaczenie tej ostatniej nauki jakiej nam udzieliłeś. Cały dzień o tym rozmyślam i w połączeniu z tym jak żegnają cię wszyscy Polacy wiem, że dzieje się coś ważnego, na pewno niepowtarzalnego. Te myśli powodują, że odczuwam potrzebę pożegnania się z Tobą....

 

   04-04-2005. Poniedziałek. W pracy mam trasę po Trójmieście. Nie wiem czemu ale ona prowadzi mnie za Tobą, do miejsc gdzie ludzie gromadzą się by modlić za Ciebie, by oddawać Ci hołd. Jestem w Gdyni na Świętojańskiej przy kościele NMP Królowej Polski. Pod Twoim pomnikiem pełno kwiatów, zapalonych zniczy i ludzi modlących się. Jest jedenasta przed południem, przychodzi grupka dzieciaków ze szkoły podstawowej ze swoją panią. W ciszy zapalają kolejne znicze, porządkują inne. Mała dziewczynka na tle Twojego wizerunku zaklętego przez artystę w pomnik męczy się z podpaleniem świeczki. Jest uparta, udaje się jej. Patrzę na to i już wiem. Gdzie jest mój aparat ? Przecież zawsze chciałem robić Tobie zdjęcia. Udało mi się to zaledwie kilka razy z nienajlepszym skutkiem a teraz jest właśnie taki moment, który należy uwiecznić. Wyciągam więc mojego canona  i dyskretnie rejestruję to się dzieje wokół mnie. Tak dla siebie, dla domowego albumu, wiem że są to chwile warte uwiecznienia. Jadę też na Zaspę. Przy kościele Opatrzności Bożej stoi także Twój pomnik. I podobna sytuacja jak w Gdyni. Pełno ludzi, kwiatów i zniczy. Po chwili modlitwy i zadumy jak Arturo Mari staram się wyłapać sens tych chwil robiąc kilka ujęć. Choć jesteś zaklęty w kamień pomnika uśmiechasz się do mnie. Przecież już kiedyś się tu uśmiechałeś do nas. Jak dobrze to pamiętam. Jakbym mógłbym zapomnieć te tłumy oczekujące na Twoją obecność...
 
  Nagle nasze miasto stało się kolorowe. Od ludzi, którzy wyszli na ulicę by spotkać Ciebie, od dekoracji porozwieszanych na mieście, które przeczyły wszystkiemu co robiła ówczesna władza przede wszystkim zaś od Twoich słów wypowiedzianych z wielką mocą, z kapitańskiego mostku wielkiego statku ołtarza – „jeden drugiego brzemiona noście”, „nigdy jeden przeciw drugiemu” czy „nie ma wolności bez solidarności”. Był 11 czerwca 1987, na gdańskiej Zaspie odbyła się Msza Św dla ludzi pracy. Mówiłeś o solidarności w jej kolebce... W marazmie codziennego życia w Polsce dogorywającego PRL-u był to impuls do wielkich zmian w niedalekiej przyszłości. To był wstrząs dla nas wszystkich. Rozejrzałem się i zobaczyłem ludzi, którzy jakby wyszli z cienia i weszli w światłość bijącą od Ciebie i Twoich słów. Zmieniło się wszystko. Kraj, ludzie, życie. Czy tak jak tego chciałeś, znów nie umiem odpowiedzieć na to pytanie...

 

 05-04-2005. Wtorek. Jedziemy z żoną do Gdańska na Długi Targ by czuwać ku Twej pamięci wraz z gdańskimi harcerzami. Jest deszczowy wieczór. Przejeżdżamy przez Zaspę, pod Twoim pomnikiem wielkie rzesze ludzi w łunie bijącej od zapalonych zniczy modlą się za Ciebie do Boga. Podobnie jest u harcerzy. W łunie trzymanych pochodni wraz z nimi modlimy się, śpiewamy, słuchamy Twoich słów. Jest Apel Jasnogórski, Barka, Tryptyk Rzymski i napis „szukałem was a teraz wy przy szliście do mnie, i za to wam dziękuję”. Zaglądamy też na plac Solidarności, pod Trzy Krzyże. Śpiewamy Koronkę ze zgromadzonymi ludźmi. W wielkim skupieniu i ciszy, takiej jaka towarzyszyła Ci gdy nawiedzałeś to miejsce w 1987 roku. Gdy ta cisza była krzykiem, kiedy otoczony kordonem ludzi tamtego systemu modliłeś się za pomordowanych stoczniowców. Przed snem Beata zapala w oknie świeczkę. Zaglądam w sąsiednie okna, tam też dostrzegam migoczące ogniki pamięci.

 

 06-04-2005. Środa. Wieczór. To chyba wchodzi w krew. Nie mogę usiedzieć w domu. Potrzeba wspólnej modlitwy zanosi mnie na gdańską Zaspę pod Twój pomnik. Uczestniczę w wieczornym czuwaniu. Ludzi jest jeszcze więcej niż wczoraj. Aleja Twojego Imienia – Jana Pawła II jest cała udekorowana płonącymi zniczami. Jadące nią samochody zwalniają a ich pasażerowie zaciekawieni zerkają na zgromadzonych. Wszystko wygląda jak wielki spektakl a przecież my przyszliśmy się modlić za Ciebie i chyba do Ciebie. Równo o 21:37 zaczynają wyć syreny zgromadzonych obok kościoła wozów strażackich. To ich właściciela, strażacy oddają Ci cześć. Wielu ludzi ociera z oczu łzy. Ja musze także odłożyć aparat. Gdy wracam do domu w oknach migotają świeczki. Beatka także o tym nie zapomniała.

 

   07-04-2005. Czwartek. Marsz. Nie wiem czy biały. W każdym razie idziemy wielką, wielką ciżbą spod Twojego pomnika na Zaspie pod krzyż na sopockim hippodromie. Ludzie niosą zapalone znicze i przeważnie milczą. Przypomina mi się marsz po Mszy Św którą tu odprawiałeś w 1987 roku. Solidarność niesiona w sercach i na transparentach przez ludzi pokrzepionych i obudzonych Twoimi słowami...
Zaczyna padać deszcz. Niebo chowa się za ciemnymi chmurami. Ludzie idą dalej. Może tak ma być. Na pewno tak ma być. Na wysokości skrzyżowania Obr. Wybrzeża z Chłopską na uczestnikami marszu rozpościera się wielka podwójna tęcza o niepowtarzalnej intensywności kolorów. Ludzie zadzierają głowy w niebo i pokazują sobie ten znak. Nie mają wątpliwości że to znak od Ciebie. Uparcie idą do celu. Na sopockim hippodromie łączą się z bliźniaczym marszem zdążającym z Brodwina. Rozpoczyna się czuwanie. Nie ścigaj się z miłością. Śpiewamy i przypominamy sobie tamten piękny dzień 5 czerwca 1999 roku, gdy nas odwiedzałeś u nas w domu...     
 
  Tyle nam wtedy powiedziałeś. Ponieważ trochę lat człowiekowi przybyło, to Twoje słowa jeszcze bardziej „chwytały za gardło” i zapadały w pamięć – „nie ma solidarności bez miłości”. Rytm całej tej pielgrzymki wyznaczony słowami ośmiu błogosławieństw z kazania na górze (Mt 5, 3 –12) przyniósł nam potężną naukę i coś się stało we mnie. Zacząłem szukać Twoich słów, Twojej prawdy. Dostrzegłem to co cały czas nam pokazywałeś, że drogą jest Chrystus. Stałem się innym człowiekiem...

 

08-04-2005. Piątek. Twój pogrzeb. Tak jak poprzednie dni wciągnęły mnie swoją atmosferą modlitwy, czuwania, wspólnoty z innymi tak teraz nie wiem do końca co ze sobą zrobić. Jednak wielki smutek. Oglądam relację w telewizji. Padają piękne słowa kardynała Josepha Ratzingera o Tobie. O tym że patrzysz na nas przez okno z Domu Ojca. Wtedy jeszcze nie wiemy, że to Twój następca, ale Duch Św. działa przez cały czas. W końcu nie wytrzymuję i jadę pod Trzy Krzyże. Resztę Twojego pożegnania oglądam na telebimach wraz z licznymi gdańszczanami. Gdy Twoja trumna znika w drzwiach bazyliki z telebimów rozlegają się gromkie brawa, ludzie obok mnie  zgromadzeni także klaszczą. I choć to może nie nasz zwyczaj to brawa na placu Solidarności długo nie milkną...

09-04-2005. Sobota. Jadę na Westerplatte by czuwać z młodymi ale czyż ja nie jestem dzięki Tobie Ojcze także wciąż młody. Znów wielka rzesza ludzi, modlitwa i znicze. Jednak jest zupełnie inaczej. Nie widać już smutku. Jest zaduma ale jest też radość z drogi ku Chrystusowi, którą nam zawsze wskazywałeś i z Twoich słów, które nam zostawiłeś...

To tu na Westerplatte w 1987 roku skierowałeś do nas młodych piękne i ważne słowa – "każdy z was znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte. Jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność od której nie można się uchylić. Nie można zdezerterować. Wreszcie - jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte, w sobie i wokół siebie"...

  Biskup R. Kasyna pięknie je przypomina i prosi byśmy umieli zrobić z nich prawidłowy użytek jako Twoi uczniowie. Byśmy dochowali wierności Twojemu przesłaniu. Padają także wielkie i ważne słowa ale też i moment jest podniosły. Czuję, że to jest wielki kapitał na moją i nas wszystkich przyszłość. Czyż nie tego szukałem ? Za Twoimi słowami i słowami biskupa trafiają do nas też słowa jednej z pieśni, którą wielbimy Pana - „Jezus zwyciężył, to wykonało się, szatan pokonany, Jezus złamał śmierci moc, Jezus jest Panem o Alleluja, po wieczne czasy Królem Królów jest...”  Nie może zabraknąć też Barki. Barki, która przypomina mi Twoją pielgrzymkę do ojczyzny w roku 2002...

 

  Gdy w 2002 roku odwiedzałeś swój ukochany Kraków nie mogło mnie tam zabraknąć. To co tam przeżyłem, co mi dałeś  - jest we mnie do dziś. Wielka wspólnota podczas Mszy św. na Błoniach i trochę bardziej kameralne spotkania pod oknem na Franciszkańskiej. To właśnie tam powiedziałeś do nas słowa – „pomimo starości, pomimo śmierci – młodość w Bogu”, słowa które cały czas noszę w sercu, tak jak Ciebie. Tam też pod oknem od zgromadzonych ludzi usłyszałem Twoje słowa – „wypłyń na głębię”, słowa które zawiodły mnie nad brzeg jeziora Lednica, pod Rybę - Bramę III Tysiąclecia by dalej utwierdzać się i żyć wg wyboru Jezusa Chrystusa.

 

Moje słowa do Ciebie chciałbym zakończyć podziękowaniem, ale nic nie wypowie tego podziękowania, które odczuwam i które „szkli” mi oczy... Niech moje dalsze życie będzie podziękowaniem, wyborem i dowodem. Tak bym mógł iść dalej za Chrystusem, który doprowadzi mnie do Domu Ojca, tam gdzie Ty na nas wszystkich czekasz...


Do zobaczenia, Ojcze...

Wojtek Kapusta
Gdańsk

wojtekkapusta@interia.pl Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. 

Wojtek Kapusta

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
74 0.13719296455383